W skrócie. Po tygodniu ulew i jesiennych temperatur dziś prawdziwie letni dzień. Tak źle i tak nie dobrze, bo od razu rtęć skoczyła nad 25 słupek,a to niezbyt dobra temperatura na kręcenie, zwłaszcza robienie podjazdów. Dziś ponownie zagoniłem rower do roboty:) Rano było rześko, a po pracy nóżka nawet podawała :) Jako, że to standard i nic ciekawego się nie wydarzyło, więc dalej już tylko kilka fotek z trasy...
Ech, czym byłby dojazd do pracy bez niespodzianek? Zwykłym, nudnym dojazdem do pracy ;) Rano rześko, 11*C ale jadę na krótko, wszak mam plan się zagrzać na podjazdach, a pierwszy mam przecież po kilkudziesięciu metrach...
Czasu podjazdu na Przegibek od Międzybrodzia nie mierzę - na oko wyszło coś koło 25 minut. Przez miasto jedzie się ok, ruch spory ale mam farta i na światłach nie stoję długo. Standardowo składam wizytę Ani, a potem już do siebie, do tyry.
Już podczas pracy pogoda zaczęła się chrzanić, ale wg prognoz miało padać dopiero po 19, więc miałem dojechać suchy do domu... Na Przegibkiem wiszą nieprzyjazne chmurzyska - czyżby więc powtórka z rozrywki? Już raz dopadła mnie tam ulewa z burzą, tym razem tylko na szczęście postraszyło...
Aaa, tym razem czas zmierzyłem, bo brakowało mi tego pomiaru do kolekcji i wyszło od BP 23m59s więc całkiem przyzwoicie myślę, jak na jazdę po robocie...
Na dobre rozpadało się w Wielkiej Puszczy. Początkowe siąpienie przerodziło się w regularny deszcz, którego nasilenie przeczekałem pod wiatą przystanku... Czasu jednak szkoda, poza tym zaczynało się robić chłodno, więc ruszyłem tyłek i powoli zacząłem podjazd na Beskidek...
Od tego momentu już wiedziałem, że suchy do domu na pewno nie dojadę:) Brak błotników, do tego letni, ale jednak zawsze, deszcz - po paru kilometrach było już mi wszystko jedno więc podkręciłem tempo wzbudzając zdziwienie poubieranych i oparasolowionych lokalesów wychodzących z kościoła :) Więcej grzechów nie pamiętam...
Sobie odświeżyłem ostatnio jedną taką nieistniejącą już szwedzką kapelkę. Utwór jest zwyczajnie zajebisty i świetnie się przy nim kręci, zwłaszcza pod górę! Gardenian...
Luźna wyprawa w rejony, po których śmiga znany żywiecki uphill'owiec - Jeremiks :) Za cel obrałem sobie dwie tamtejsze przełęcze: Ślemieńską i Rychwałdek.
Najpierw musiałem się przedostać na drugą stronę (tj. do innego województwa;) standardowo przez Przełęcz Kocierską. Podjazd spokojny, bez pomiaru czasu, nie było też z kim się ścigać, bo wszyscy jechali w przeciwnym kierunku;) Na zjeździe trochę chłodno, kapryśne słońce chowa się za nadchodzące chmury, zaczyna kropić.
Zaczynam wątpić w powodzenie tej wyprawy, ale nie zatrzymuję się pod żadną wiatą, bo ten letni deszczyk nie jest wcale taki tragiczny a i szkoda trochę czasu;) Pada tak sobie lajtowo w całą drogę przez Łękawicę i Gilowice. Kiedy zaczyna się podjazd pod pierwszą tamtejszą przełęcz wychodzi słońce! Razem z genialnymi widoczkami i klimatem daje mi to potrzebnego kopa.
Następnie zjazd i atak na drugą przełęcz w okolicy z dwóch możliwych opcji wybieram ul. Karpacką. Jeszcze przyjdzie czas na drugi, ponoć bardziej stromy wariant. Podjeżdża się przyjemnie i jak się okazuje nie taki diabeł straszny;) Trzeba będzie jeszcze zrobić rewers tej trasy, bo zaprawdę powiadam Wam - warto!
Cholernie spodobały mi się tamtejsze okolice, cisza, spokój, fajne choć krótkie podjazdy - słowem raj! Poza tym przy dobrych warunkach można nacieszyć oczy kapitalnymi widoczkami! Mniam!
Powrót zakładałem przez Kocierz, ale czarne, nad tym rejonem, chmurzyska skutecznie mnie od tego pomysłu odwiodły. Wracam więc przez Tresną, Międzybrodzia i Porąbkę. Droga od Tresnej mokrusieńka, więc i dupa mokra i twarz utytłana:) I tak już do samego domu. Jeszcze na koniec atak na Przełęcz Beskidek - spodziewałem się odcięcia prądu, ale udało się tego uniknąć i wjechałem bez problemu.
A pomyśleć, że miałem siedzieć tego dnia w domu... Fakt, wiatr momentami mógł być słabszy, poza tym ta niepewna pogoda ciągle nie dawała gwarancji na udany wypad. Jednak opłacało się przełamać, bo trasę śmiało mogę zaliczyć do jednych z lepszych jakie jeździłem a z pogodą miałem farta! (rozpadało się na mojej ulicy:) Polecam każdemu wycieczkę do gmin Gilowice i Ślemień - nie pożałujecie!
Cotygodniowe DPD. Miałem jechać wczoraj, ale nie mogłem się zebrać, w sumie dobrze, bo i tak mi łeb ostro napieprzał. Dzisiaj straszyli burzami, gradobiciem, a okazało się, że był to typowy upalny dzionek z mnóstwem słońca :) Po drodze nie wydarzyło się nic szczególnego, więc dziś tylko kilka fotek dla urozmaicenia:) Z innej beczki: zaciekawił mnie ten tekst >KLIK<. Fajna inicjatywa, chociaż za moje 70 km dziennie raczej nie byliby chętni do wypłaty świadczenia :) Zresztą, nie oszukujmy się - przy obecnej czarnej dziurze budżetowej nie ma u nas szans na takie luksusy:)
Powrót do domu i jednocześnie powrót do rzeczywistości. Dwa tygodnie urlopu - bo tyle należy się przeciętnemu zjadaczowi chleba to stanowczo za mało... Trzeba będzie zacząć kombinować i przedłużać, z tego co zostało, weekendy;)
Urlop był mało rowerowy - generalnie skupiliśmy się na wypoczynku, bo ten rok jak i poprzedni nie należały do najprzyjemniejszych... Dzisiejsza trasa bez większych urozmaiceń, więc można potraktować jako standard. Ale póki co się nie nudzi ;) Poza tym fiksująca co jakiś czas pogoda dodawała całości smaczku ;)
Z racji powrotu do życia codziennego poświęciłem chwilę na uaktualnienie wiadomości z regionu. Cóż, oprócz tych prozaicznych natrafiłem na dwie dość skrajne. Pierwsza to wczorajsza tragiczna śmierć motocyklisty w Kocierzu Moszczanickim. Dzisiaj tamtędy przejeżdżałem - znicze na poboczu, pozostały jeszcze policyjne numerki - nie wyglądało to ciekawie. A scenariusz klasyczny: 30to latek wypada z drogi na ostrym zakręcie i kończy w przydrożnym rowie. Należy dodać, że nie posiadał on kasku a prosta, którą uprzednio jechał pozwala spokojnie rozwinąć maksymalną prędkość... Kolejny przydrożny krzyż niedługo zasili tą już bogatą w te symbole okolicę... Przykre...
Druga informacja to już z typu tragikomicznych. Otóż 28latek skoczył do rzeki Białki w centrum Bielska-Białej po wcześniejszej sprzeczce z dziewczyną. Chłop połamał dwie nogi i śmiem wątpić czy gra była warta świeczki. Od razu pojawiły się komentarze życzliwych Internautów, że jak chciał się zabić to powinien na główkę skoczyć itp. Słowem, w regionie się dzieje, oj dzieje ;)
Na przełęcz podjechałem sobie trzecim podjazdem kocierskim, bo w tym roku jeszcze tamtędy nie jechałem i powiem Wam, że to jest ściana! Nie wiem, w ubiegłym roku nie wydawała mi się taka stroma, ale dziś jechało się tragicznie. Oczywiście na młynku, bo jakże inaczej:) Czas jakiś totalnie beznadziejny, więc nawet nie podaję ;P Na profilu wysokościowym widać bardzo ładnie jaka to ścianka - krótka ale treściwa ;)
Dziś mało zdjęć bo i focić nie było kiedy - rywale, a zwłaszcza jeden taki, mocno naciskali i denerwująco długo siedzieli na kole :) Na weekend do Kalnej tym razem przez Kocierz - tu wszystko się zaczęło. Najpierw za pierwszym zakrętem podjazdu pod przełęcz znika mi bajker, więc nie ma zmiłuj - cisnę za nim ;) Dwa wiraże dalej oglądam się i co widzę? Napierającego kolarza na szosie. Ten mija mnie, pozdrawia i bierze się za tymczasowego "lidera" :)
Z szosowcem nie mam szans, więc nawet nie próbuję, ale tego niby niepozornego rowerzystę w czapeczce i okularkach wyprzedzam. Jakież jest moje zdziwienie gdy dwa zakręty przed szczytem gość siada mi na kole. Nienawidzę tego, więc jadę swoje i tuż przed przełęczą wrzucam kolejny bieg i finishuje. Muszę wykonać fonkol więc się zatrzymuję a gość jedzie w stronę zajazdu... Po telefonie pora na zjazd - rywala już nie widać i raczej nie robię sobie nadziei, że go jeszcze spotkam. A tymczasem w Kocierzu Moszczanickim dostrzegam na horyzoncie niebieską koszulkę wspomnianego jegomościa :>
Chyba nie muszę mówić, co się dalej dzieje:) Na prostej wyprzedzam go kolejny raz machając mu ręką, ale trzeba mu przyznać, że ostro ciśnie. Na skrzyżowaniu znowu mnie dochodzi i zaczyna się powtórka z rozrywki. W międzyczasie "miśki" machają lizakiem, w sumie nie wiem czy się zatrzymywać czy nie, ale tym razem to nie bajkerzy byli na celowniku ;) Gość ciągle nie odpuszcza se myślę - wpadłem, bo już nie mam pary:) Jeszcze trochę ciągnę go za sobą pod górę (cwaniak jeden:) a on wyprzedza mnie dopiero na zjeździe... Zaczynają się jaja bo przed nami pojawia się kolejny kolarz i gość widać, że i jemu chce uprzykrzyć życie.
Jedziemy ostro aż do końca zapory w Tresnej, auta nas nie wyprzedzają, bo po co jak na budziku mamy spokojnie 35km/h. Mój udział w rywalizacji kończy się na zaporze w Tresnej - obijam na Zarzecze a kolesie jadą w stronę Międzybrodzia. Ciekawe jak to się w ich przypadku skończyło. Ale normalnie szacun dla typa - dał mi niezły wycisk ;)
Za zaporą okazuje się, że złapałem gumę - chyba jednak niedokładnie oglądnąłem wczoraj oponę, bo wyciągam z niej malutki odłamek szkła... Na szczęście w pogotowiu mam ostatni połatany zapas, więc zmieniam i coś tam podpompowuję, na tyle na ile pozwala mi ledwo żywa uszczelka w pompce... Na miejsce docieram wykończony, ale usatysfakcjonowany - nie codziennie zdarza się pościgać po okolicy :)
Wyjazd przed godz 7 rano, więc kręci się całkiem sympatycznie. Na trasie mały ruch, ale i tak zamiast przez Czaniec wybieram drogę przez Wielką Puszczę.
Czas podjazdu pod Przełęcz Targanicką od skrzyżowania wynosi 8min 19 sek. Szału nie ma, ale to tak poglądowo, żeby mieć jakieś odniesienie do czasu pokonania tego wzniesienia ;)
W Kalnej posilamy się pysznymi gołąbkami i już z Anią wracamy do Andrychowa. Przed nami burza, ale na szczęście udaje się nam ją ominąć. Potem siada nam na kole, więc podkręcamy tempo żeby uniknąć zmoknięcia :)
Na całe szczęście udaje nam się dotrzeć do celu moknąc jedynie od własnego potu:) W Targanicach wyjeżdża na drogę traktorek z kupą siana na wozie, wyprzedzenie graniczy z cudem a oczami wyobraźni widzimy siebie z rowerami i browarem na tym sianku;)
W domu okazuje się, że złapałem kapcia a więc ta wkładka antyprzebiciowa w Kendach Khanach nie zadziałała. Cudów się jednak po tym wynalazku nie spodziewałem, zwłaszcza przy swojej wadze;) Dziura została nawet w oponie na samej górze, ale myślę, że jeszcze na nich pojeżdżę...
Po tygodniu byczenia się, obżarstwa i generalnego nic nie robienia pora trochę się rozruszać. Jako, że w nadbałtyckim krajobrazie doskwiera brak większych wzniesień to też oczywistym jest, że wybrałem się w teren. Szybka zmiana opon i można ruszać...
W Zagórniku wpadam na szlak zielony prowadzący w stronę Gancarza. Wiem co mnie czeka, bo podchodziłem pod ten szczyt już wielokrotnie, ale jakoś mi to nie przeszkadza... Po drodze gubię licznik (cholerne twist-locki Sigmy) więc wracam się po niego kilkanaście metrów, na szczęście znajduje...
Na Gancarzu jak zwykle spokój i ładne widoczki. Ogólne wrażenie psuje niestety chmara much, które się mnie uczepiły jak rzep psiego ogona. Walka z nimi nie ma sensu, dobrze, że jest szybki zjazd i można uciec:) Szlak w kierunku Leskowca trochę zniszczony, zwłaszcza fragment podjazdowy pod Groń JP II - tam powstały bardzo głębokie żleby, które uniemożliwiają wjazd.
Na samym szczycie pustki - to właśnie lubię. Ale to trzeba mieć czas w tygodniu żeby móc się delektować takim spokojem, ciszą i przestrzenią. Ja niestety go nie mam... W drodze powrotnej planuje zjechać drogą od Gancarza w kierunku Rzyk, żeby przetestować ewentualny dogodniejszy podjazd.
Niestety moja ukryta natura blondyna na szlaku daje o sobie znać, bo zaliczam glebę na prostym odcinku jadąc może 8km/h. Kierownica w jednej ręce, w drugiej mp3ka i tak to się właśnie robi :) Jak widać dużo nie trzeba. W efekcie mam malownicze szramy na piszczelu i potłuczone pozostałe kończyny.
To już trzeci raz jak jestem na Leskowcu i trzecia gleba (wcześniej potłukłem dupę uślizgując się na resztkach śniegu i przeleciałem przez kierę na korzeniach zjeżdżając czarnym szlakiem:) Widać, że do tej góry nie mam szczęścia, ale będę próbował do skutku:)
Z racji uszczerbku na piszczelu wracam znanym szlakiem serduszkowym a następnie czarnym (tutaj maks asekuracja:) przez Rzyki Jagódki do Andrychowa. Po drodze się okazuje, że coś skrzypi w okolicy amortyzatora/sterów - kij wie co to jest, ale fakt faktem rama jest z dupy, a raczej z gumy... Powoli zaczyna mnie drażnić ten kellys'owski bubel... Poza tym fajnie jest znowu śmigać po górkach:)
Jadąc sobie po górkach słuchałem sobie najnowszej Pati Yang. Jak zwykle genialna nutka! Chyba jedyne "elektroniczne" dźwięki jakie mi się podobają (mam wszystkie albumy, pora na kolejny:) Tym razem bliżej Boga... Pewnie klip kręcony w Świebodzinie:)
Kontynuacja ubiegłotygodniowego postanowienia, a więc kolejny raz do pracy na 2 kółkach:) Dziś wyraźnie cieplej niż ostatnio, jedzie się bajecznie:) Przegibek zdobywam tym razem w czasie 24:15, a więc poprzedni rezultat poprawiony o prawie 40s :) Na jakiś czas robię przerwę z podliczaniem, niech sobie nóżki odpoczną :)
Będąc już w stolicy Podbeskdzia zaglądam do Ani i sprawdzam czy się nie obija w pracy ;) Później przez centrum koło teatru, Cechową i obok C.H. Sfera., gdzie stoi nowy pomnik dwóch kreskówkowych bohaterów: Bolko i Lolko :) (btw: dziś w "Trójce" z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka trwa dzień z Bolkiem i Lolkiem - ich przygody przedstawia Anna Maria Jopek:)
Po pracy misja: przebijanie się przez zakorkowane miasto - tym razem sprawniej niż tydzień temu, kierowcy zostawiają sporo miejsca po prawej stronie, można zawsze podjechać bliżej na skrzyżowaniu i zająć pole position:)
W Straconce na horyzoncie pokazuje się granatowe niebo, to znak, że nad Przegibkiem zbierają się burzowe chmury. Ulewa dopada mnie na ostatnim łuku przed prostą prowadzącą do parkingu na szczycie. Tam znajduję schronienie pod daszkiem sklepiku, gdzie już ulokował się jeden endurowiec. Z krótkiej wymiany zdań dowiaduję się, że ma zamiar przez górki przedostać się do Kóz... A deszcz napieprza konkretnie, pioruny w walą niepokojąco blisko, nagle zrobiło się zimno jak diabli...
Po jakichś 40 min przestaje, można się brać za zjazd. Jeden z moich najwolniejszych (ok. 18km/h:) i bardzo mokrych. Już dawno tak asekuracyjnie nie jechałem, ale te Kendy nie nadają się na mokre warunki... Strasznie człowiek marznie na zjeździe, kiedy nie musi pedałować... A dupa mokra :)
W Międzybrdziu już zdecydowanie cieplej, a w Porąbce po deszczu ani śladu, asfalty suchusieńkie... Wielka Puszcza mija ok, podobnie jak wyjazd na Przełęcz Beskid Targanicki... Krótki oddech i można toczyć się z górki do domu.
Wysyp płyt normalnie! A to nowy Amorphis, a to industrialny Pain... No i właśnie ten drugi tym razem, bo wyszło trochę zaskakująco, baaardzo rock'n'rollowo:) Czad!
W związku z organizowanym przez Niradharę i Kajmana "Meeting'iem u Niezależnych Krokodyli" postaram się uzupełnić ich i tak już bogate archiwum:) Kto jeszcze się nie zdecydował, niech wie, że to może być naprawdę udany weekend! Ot właśnie taki jak na załączonych fotkach:)
Niedziela. Poranki wiadomo, leniwe, więc wyruszam dopiero po 14. Bez planu, może jeden, bliski podjazd, co by nie wypaść z formy:) Wiadomo, musi to być Kocierz, bo to dobry podjazd jest... na początek :) Jedzie się obłędnie, słonko po wczorajszych ulewach praży ze zdwojoną mocą, a lekki wiaterek działa orzeźwiająco...
Stoper jak zwykle włączam przy znaku /\ 8% i jazda. Po drodze wyprzedzam jednego bikera, kilku zjeżdżających macha powitalnie. Odmachuję ofkors, a wyprzedzanego naturalnie również pozdrawiam w ramach otuchy :) Na przełęczy jestem już po 16min i 31 sek, a więc rezultat zadowalający:) Pora na zjazd, początkowo miałem jechać na Łysinę, ale jakoś odbiłem w kierunku Międzybrodzia...
Za zaporą w Tresnej mija mnie dwóch szosowców-seniorów. Trzeba przyznać, że ładnie jadą, równo, a mną telepie na wszelkich nierównościach, nie znoszę tego, a tam jak na złość dziura na dziurze... Wspomniani kolarze odbijają w kierunku Żaru i ja kierowany intuicją również. To w sumie pierwszy tegoroczny atak na Żar, w dodatku nie planowany, chociaż zarzekałem się, że w niedzielę, przy tych tłumach nie będę tam wjeżdżał...
Ale kiedy jak nie w niedzielę, po pracy czasu nie mam zbyt wiele, a sił też by raczej nie wystarczyło na taki szturm. Więc olewam te tłumy i nie myślę o niczym innym jak o dobrym czasie tego uphill'u. Po drodze wyprzedzam dwóch bikerów (jeden w jeansach, więc rispekta:) i siadam na koło wspomnianych szosowcom.
Po kilkuset metrach dochodzę do wniosku, że nie odpowiada mi ich tempo i daje dyla :) Ale trzeba im przyznać, że trzymali się dzielnie. Chciałbym w tym wieku pomykać po takich górkach:)
Na szczycie apogeum, ludu, że tak powiem, w pizdu! Dominujący strój to: faceci: jeansy, adidaski (koniecznie białe!), dziunki: cyc i pół dupy na wierzchu, obowiązkowo szpilki, w najlepszym wypadku gladiatorki:) Do przewidzenia, ale za każdym razem te ilości pseudoturystów mnie przerażają. Zostaję na start paralotniarzy i robię ewakuację. Aha, podjechałem w 31min i 15 sekund (licząc od kościoła do zbiornika).
Zjazd ok, na niższych serpentynkach jakieś gówniarstwo pali gumę na skuterach. Szczyt debilizmu, bo cały żwir z pobocza ląduje na drodze, ale nie mam siły im wbijać do łba jakie mogą być tego konsekwencje, bo szczerze powątpiewałem w skuteczność przekazu lub może bardziej odbioru :)
Droga do Porąbki standard, ciągnę jeszcze mocno, chociaż czuć te dwa podjazdy w kolanie. Na szczęście droga przez Wielką Puszczę jak i podjazd pod Przełęcz Targanicką mogę uznać za udane :) Wcześniej blokuje dociśnięty amortyzator, co by się lepiej podjeżdżało z niższym kokpitem i to mi bardzo pomaga:)