Czyli trasa raczej bez większej historii. Z matą, śpiworem, ciuchami, chlebem, serami i kiełbasami lekko nie było, ale to raptem 15km z czego większość z górki ;) Po drodze wstąpiłem jeszcze na moment do sklepu w Porąbce, gdzie trafiłem na zapomniane piwko ;)
Z 4pakiem w jednej ręce dotarłem do bazy rajdu w Kozubniku już po zmroku... Pogadałem z Moniką i Tomkiem, odebrałem pakiet startowy i jedyną w swoim rodzaju pamiątkową koszulkę;))) Zamiast spać poszliśmy 20 osobową ekipą na ruiny. Noc była młoda i wyjątkowo ciepła, a mnie skończyło się piwo zanim zaczęła się impreza (sad but true:). Cdn.
Na szybkiego po pracy. Tym razem wjazd na Przełęcz Kocierską z Wielkiej Puszczy - na podjeździe spłoszyłem kilka saren, które żwawo uciekały przed snopem światła. Zjazd w całkowitych ciemnościach zielonym szlakiem robi wrażenie.
W Targanicach staruszka wpakowała się pod koła golfa - musiało to być dosłownie chwilę wcześniej. W momencie jak przejeżdżałem jakaś dziewczyna już się nią zajmowała. Na szczęście pogotowie pojawiło się po kilku minutach. Po tym wszystkim, mimo iż miałem lampki, wróciłem do domu bocznymi drogami...
Muzycznie trochę się działo w ostatnich dniach, już sam nie wiem od czego zacząć. Chyba największą niespodziewajką jest nowy numer A Perfect Circle. Ale to nie byle jaki numer! Muzyczny geniusz, perfekcyjne wykonanie i spora dawka emocji jak na niespełna 6 minut!
Długa przerwa spowodowana awarią bębenka zrobiła swoje. Przepadł jeden bardzo słoneczny i ciepły weekend. Na szczęście w ten ostatni również pogoda była łaskawa. Z bębenkiem historia potoczyła się tak, że samego bębenka nie dostałem. Postanowiłem zamówić nową, identyczną piastę SLX z zamiarem przekręcenia samego bębenka. No ale weź tu odkręć go, jak masz piastę luzem - nie ma szans, a w imadło pakować nie miałem zamiaru. Duży plus dla sklepu mbike z Krakowa, który po małym zamieszaniu dostarczył mi piastę kurierem w sobotę! Niestety, pojeździć się nie udało.
Wziąłem się jednak za rozmontowanie koła a następnie podjąłem próbę zaplatania na tych samych szprychach i nyplach na popularne 3 krzyże. Udało się za 4 razem i po kilku browarach - można poćwiczyć cierpliwość :) Dzięki temu zaoszczędziłem trochę kasy (i tak niepotrzebnie wydanej na piastę - jakby wiedział, wziąłbym zwykłą deorkę) i czasu serwisanta, któremu zostało tylko dociągnięcie szprych i centrowanie (kosztu usługi: 10PLN). Sama obręcz w tym roku trochę przeszła i jest już w jednym miejscu wgnieciona, ale nie przeszkadza to w eksploatacji.
I tak po dwóch tygodniach absencji rowerowej wybrałem się na prawdziwie jesienną górską wyrypę, czyli klasyk Beskidu Małego uwzględniający najważniejsze szczyty: Leskowiec, Łamaną Skałę, Potrójną, Kocierz, Żar (prawie), Magurkę Wilkowicką oraz najwyższy szczyt tych gór, czyli Czupel.
Tempa nie forsowałem, widziałem, że czeka mnie kilka godzin konkretniej jazdy. Szlaki jeszcze nie do końca suche, bo w tygodniu kilka razy dość mocno padało. Na szczęście słońce rekompensowało czasami nieoczekiwane błotne kąpiele - kałuże ukryte pod liśćmi to prawdziwe utrapienie o tej porze roku.
Od niemalże samego początku towarzyszyły mi niebanalne widoki. Błyszczące wierzchołki Tatr widziane z czterech miejsc robiły wrażenie, ale tak naprawdę dopiero panorama z najwyższego szczytu BM, czyli Czupla powaliła mnie na kolana. To był absolutnie najładniejszy obrazek jaki dany mi było oglądać w tych górach!
Ludzi na szlakach całkiem sporo, po godzinie już nie miałem siły odpowiadać każdemu dzień dobry, cześć i serwus ;) Po zjeździe do Kozubnika odezwał się Kuba, który dopiero co wyjechał i był w okolicy.
Pojechaliśmy razem na Magurkę i Czupel. Na Magurkę większość trasy prowadziłem - zwyczajnie mnie odcięło. W 3/4 drogi można było jechać, ale trochę się już męczyłem i przyjemność z jazdy była znikoma. Na szczęście wspomnany widoczek z Czupla podładował baterie i zjazd oraz sam powrót był już całkiem szybki.
Zjechaliśmy jakąś nieoznakowaną, kompletnie przykrytą liśćmi dróżką, która zaprowadziła nas na granicę Międzybrodzia Żywieckiego i Czernichowa. Spłoszyliśmy stado sarn pod przywództwem ogromnego jelenia - takiego w tutejszych górkach jeszcze nie widziałem.
Powrót już po zmroku asfaltami, a następnie przez Bukowiec i Czaniec. Dawno się tak nie zmęczyłem, ale tego mi właśnie było trzeba, bo zaczynałem gnuśnieć siedząc w chałupie. Przez chwilę nawet nie mając dwóch kółek zacząłem myśleć o bieganiu, ale na szczęście szybko mi przeszło, hehe.
Jednocześnie baterie zostały podładowane na kolejny 'roboczy' tydzień, który tym razem ma wyjątkowo 4 dni ;) A w tą sobotę Jesienne Beskidzkie Korno, czyli kosmiczny rajd na orientację na moich terenach.
Dziś krótko, ale zanim przejdę do rzeczy kilka fotek zacnej miejscówy, na której dirtowe dzieciaki wytyczyły fajne ścieżki, bandy a nawet hopki. Była więc okazja do poćwiczenia techniki i nacieszenia się fajnymi zjazdami. Fajne miejsce do wytyczenia niedużej pętli XC - krótkie i strome podjazdy, kręte szutrowe ścieżki, trawersujące singielki a wszytko to przypominające swoją gęstością pajęczynę....
Tak nędzny dystans jest efektem mojego sobotniego serwisu bębenka. Skręciłem wszystko, chodziło sobie pięknie do czasu kiedy poczułem opór tylnego koła - znowu coś nie gra. Po zawinięciu na chatę okazało się, że poluzowało się imbusowe mocowanie bębenka tak, że znajdujące się w nim kulki zajebiście obrobiły tę śrubę ;) A pomyśleć, że jeszcze wczoraj myślałem o jakimś środku do zabezpieczania gwintów - gdzie jak gdzie ale tam akurat pasowałoby go odrobinę kapnąć. To już trzeci raz jak luzuje mi się ta śruba, do te pory miałem to samo na ostatnim etapie Trophy i po maratonie w Istebnej, a więc po konkretnych górskich wyrypach. Dopiero teraz przeczytałem jakim momentem trzeba to przykręcać - generalnie: na chama! ;)
Bębenka nie idzie dostać, podobnie jak części do niego, więc zamówiłem całą piastę, ale jak to w sklepach internetowych bywa, niby mają, a nie mają i szlag trafił szybką dostawę:/ Jeszcze jeden dzień zwłoki i sklep przywołam z nazwy ;) Na razie przekręcę sam bębenek, a w zimie z nudów pewnie rozplotę i ponownie zaplotę koło na nowej piaście (to będzie jakby debiut, hehe).
ps. zapomniałbym, że 100 000 (słownie: sto tysięcy!) metrów w pionie w tym roku już pękło!
Żeby nie rozwalać tytułu i wstępu muzyczkę zostawiłem tym razem na koniec. TERAZ POLSKA. Blindead to zespół z wszech miar wyjątkowy, właśnie jesteśmy w przededniu premiery ich najnowszego krążka, który pilotuje ten singiel:
Jesiennych klimatów ciąg dalszy, czyli tonacja-Francja-elegancja. Alcest wyjątkowym zespołem jest i basta!
Załoga z Częstochowy kolejny raz nie mogła przyjechać, więc pojechałem tylko z Jakubiszonem. Szkoda, ale z drugiej strony może to i lepiej, bo podczas dzisiejszej trasy prześladował nas pech. Najpierw Kuba zjeżdża po 6km na pobocze ze słowami: "no to ja już mogę się wracać do domu". Patrzę: hak cały, rama cała, ciśnienie w oponach jest. Kuba pokazuje przednią oponę a tam dyntka wylazła przez 1,5cm rozcięcie...
W teren mamy jechać, więc faktycznie nieciekawie, ale wyciągam zestaw pierwszej pomocy, czyli duck tape'a, Kuba dorzuca jakąś wizytówkę i tym sposobem łatamy dziurę od wewnątrz dzięki czemu guma nie wyłazi - sukces;) Jadymy dalej na poszukiwanie nowych ścieżek. Jest z tym w okolicy niemały problem, bo nawet jak się zaczyna jakiś obiecujący singiel to prawie zawsze kończy się on w czarnej D. ;)
Na jednym z takich odcinków zauważam niepokojący objaw - obracająca się korba podczas sprowadzania. Diagnoza może być tylko jedna - szlag trafił bębenek :/ Zjeżdżamy do Wielkiej Puszczy i zaczynamy odwrót. Żeby był ciut więcej terenu wybieram ostatnio odkryty wariant uphillowy po szutróweczce - konkretny podjazd będący alternatywą dla asfaltowej przełęczy Targanickiej. Tam bębenek zaczyna pracować normalnie, więc postanawiamy jeszcze trochę poszaleć w terenie.
Niedługo to jednak trwa, bo awaria się odnawia. Na całe szczęście jesteśmy niedaleko domu, szkoda tylko, że najprzyjemniejszy odcinek zjazdowy jestem zmuszony butować :/ W sumie wyszła z tego tripu kupa, dobrze, że chociaż udało się trochę przewyższeń nabić. Pogoda wyśmienita, zajebiście ciepło, fajne widoczki... Było gites! Dalsza część wpisu to już techniczne mambo-dżambo - jeżeli kogoś interesuje, zapraszam ;)
Przyczyną awarii była ułamana jedna z czterech zamontowanych w tym modelu zapadek. Widocznie odłamek odpadając przyblokował mechanizm powodując w kasecie efekt ostrego koła :) Wracając do domu (oczywiście pedałując non-stop, nawet na zjazdach trzymając jednocześnie zaciśnięte klamki hamulca, żeby się zanadto nie rozpędzić;) przypomniałem sobie o starej piaście Deore (M530), która zdaje się posiadała działający bębenek.
Owszem, bębenek działał, jednak okazał się niekompatybilny z również kulkową piastą SLX :/ Ową różnicę widać na poniższym zdjęciu. Po założeniu bębenka deore do piasty slx pojawiało się zbyt duże tarcie będące wynikiem różnic w budowie zarówno kołnierza piasty jak i samego bębenka. No trudno, zobaczymy wobec tego co kryją w sobie oba bębenki (w takich przypadkach posiadanie własnych narzędzi to nieoceniona sprawa).
Oczywiście zapadki w bębenku deore jak łatwo się domyślić nie są kompatybilne, na dodatek są tylko 3... Skoro jednak w deorce są trzy może i trzy zadziałają w slxie? Z godnie z przesłaniem kabaretowego klasyka nie ma co szerzyć defetyzmu, w końcu to nie traktor się zepsuł tylko koło jest zepsute. Jedno jest zespute, a trzy są dobre, TRZY DOBRE! Od razu lepiej brzmi ;)
Założyłem te trzy, przesmarowałem, poskładałem do kupy kulki, a było ich wszystkich pindziesiąt!, poskręcałem i co? I nic, tyrka sobie, jak za dobrych czasów :) Nie wiem tylko na jak długo wystarczy, ale zima idzie więc dłuższych wypadów nie planuję - najwyżej (odpukać) przybutuję pewnego dnia (i obym w tym dniu miał w termosie herbatę z wkładką, co by nie przymarznąć w ciemnym lesie, hehe).
Ampacity pochodzą z Gdańska i kilka miesięcy temu wydali swój debiutancki album "Encounter One". Doprawdy kosmiczna płyta i hołd dla epoki wypalanego w horrendalnych ilościach haszu i rockowego jazgotu - lat 70 tych! Ciekawostkę stanowi fakt, iż album został nagrany na klasyczną setkę! I to słychać! Dziś już się tak płyt nie nagrywa! Krążek wypuściło wydawnictwo o enigmatycznej nazwie Nasiono. Przypadek?
Od rana świeciło słońce, choć wcale nie było czuć jego działania - pizga zdrowo! Najważniejsze, że od dłuższego czasu nie padało i można było śmiało ruszyć w teren. Początek taki sam jak ostatnio z Jakubiszonem, czyli ostra ścianka najpierw po asfalcie, później po płytach, a na końcu już drogą gruntową - uff, mocne intro!
Miałem jechać na Kocierz terenem od Wielkiej Puszczy, więc postanowiłem zjechać nieznaną mi szutróweczką w owym kierunku. Zjazd przyjemny, choć mało techniczny, za to w drugą stronę będzie się fajnie podjeżdżało :) Sam podjazd na przełęcz jest mi dobrze znany, trochę drażniące jest fragmentami kamieniste podłoże, ale ogólnie wjeżdża się tamtędy spokczo. Z Kocierza zleciałem na szybkości zielonym. Na Targanickiej ubieram kurtalona i wracam asfaltami, na których mi zdrowo wypizgało! Jednak woreczki spożywcze w espeedach to już za mało na takie warunki, hehe.
Stany Zjednoczone. Portland. AGALLOH. The Mantle. Przypomniałem sobie ostatnio geniusz tego albumu. Piękna i ponadczasowa płyta, choć ma 'dopiero' 11 latek ;)
Nie za bardzo wiedziałem jak spisać tą dzisiejszą relację, bo przebieg trasy pokrywa się mniej lub bardziej z październikowym rajdem na orientację znanym pod kryptonimem "KoRnO", a więc nie mogę zdradzać zbyt wielu szczegółów ;) Jednak bez namysłu mogę wskazać najważniejszy punkt programu - poznanie sprawczyni tego całego 'orientacyjnego' zamieszania czyli Moniki vel Kosmy oraz jej przybocznej gwardii w postaci Tomka (t0mas82) oraz nawigatora Adama (limit).
Drugą ważną informacją jest ta dotycząca lokalizacji jesiennego KoRnO - orgi tym razem wybrały mój Beskid Mały, a więc będą górki. Sporo górek;) Przykładowo my dziś na zaledwie 70km zrobiliśmy 1600m w pionie głównie asfaltami, także oprócz umiejętności posługiwania się kompasem przyda się także kondycja ;)
Kuszącą opcją jest, poza najdłuższą pętlą po drogach mniej lub bardziej utwardzonych, terenowa wersja orientu nazwana dla hecy 'enduro'- czyli dla kogoś kto cierpi na asfaltowstręt pospolity rzecz wręcz idealna. A przy okazji znakomita okazja zapoznania się z topografią okolicznych gór oferujących oprócz potu na podjazdach walory estetyczne, które powinna uwypuklić dodatkowo jesienna szata towarzysząca terminowi rajdu (26 październik). W imieniu orgów zapraszam!
A dziś jeździliśmy sobie asfaltowo, poznałem tajemne sposoby wyszukiwania i oznaczania punktów kontrolnych ;) Zaliczyliśmy wizytę w jednej z izb regionalnych w chyba najbardziej oryginalnej wiosce w regionie (to moje miejsce nr 1 w skali widokowo-podjazdowo-klimatycznej)! Jej kustosz, jegomość z Katowic, okazał się niezwykłym pasjonatem i miłośnikiem gór, który wkłada mnóstwo pracy w rozwój i propagowanie tego rejonu. Szacunek! Poczyniliśmy wpis do księgi gości a następnie trafiliśmy do pewnej drewnianej chaty, na ścianach której wisiały różne nakrycia głowy. Brakowało tylko kasku rowerowego, który obiecaliśmy dostarczyć ;)
Moim towarzyszom należą się słowa uznania za wysiłek włożony w objazd tej trasy. Przez dwa dni zaliczyli praktycznie wszystkie najważniejsze i najbardziej kozackie podjazdy w okolicy! Miało być dłużej, ale zeszło nam w tej izbie przeszło godzinę i powoli już zaczynało brakować dnia. Na Kocierzu dojechał do nas jeszcze Krzysiek (tool) - a to Ci niespodzianka :)
Większość ekipy zjechała sobie serpentynowymi asfaltami do Targanic a ja zaproponowałem Tomkowi zjazd zielonym szlakiem, który okazał się wybitnie pod jego 'ścieżkowca'. Fajnie widzieć na końcu zjazdu gościa, któremu wyraźnie odpowiadają takie terenowe odcinki a jego mina mówi: 'ja chcę jeszcze' ;). Muszę w tym miejscu odnotować fakt, że leśnicy, jak to mają w zwyczaju, popsuli fragment tego znakomitego szlaku:/ Mam nadzieję, że dalej się te ich prace nie posuną.
Udane zamknięcie września i urlopu, który z racji pogodowej kiszki i braku biletu do ciepłych krajów był taki sobie :) Dzięki za wspólny objazd, podładowałem akumulatory na najbliższy tydzień! Do zobaczenia w październiku! :)
Z lekka dający popalić wyjazd, bo po primo: nieźle już pizga, zwłaszcza późnym popołudniem; secundo: zwodowałem w błotnistej kałuży dopiero co wyczyszczonego i wysuszonego po Istebnej buta (gdybym się nie zdążył wypiąć leżałbym w tej kałuży cały!), tertio: konkretny rozpiehdol na szlaku - dlaczego te ch*je od drzew nigdy po sobie nie sprzątają? Dlaczego robią taki syf, w dodatku na szlaku!? Mnie zawsze uczono, że należy posprzątać po skończonej robocie...
W sumie nie mogę narzekać, bo to tylko i wyłącznie moja wina - miał być asfaltowy Kocierz i takaż sama Targanicka, ale ja niczym siedzący i kuszący na ramieniu diobeł powtarzałem: "jedźmy w teren, będzie fajnie", hehe. Nie było. Żeby było ciekawiej Jakubiszon złapał gumę na zjeździe ze Złotej Górki, na szczęście w przednim kole, więc zmiana nie nastręczała kłopotu... Zniesmaczony i przemarznięty wróciłem po marnych 20km...
Powrót jeszcze w dzień rozjazdu. Wracamy na kwaterę, prysznic, pakowanko i pożegnanie z niezwykle uprzejmymi właścicielami oraz współlokatorami. Magda, dwa Tomki, Jarek i Albert (Rowerowy Kampinos, Biketires.pl) - fajnie było poznać i razem pokręcić. Jeszcze szybkie zakupy w biedrze (biedronka biedronce nie równa, w mojej mieścinie ten sklep to porażka, natomiast w Istebnej zakupy robi się z przyjemnością) na drogę i żegnamy się z Jackiem. Przed nim daleka droga - dojedzie dopiero w nocy, ale prawdziwi pasjonaci już tak mają ;)
Do Lalików docieram po 50 minutach zaliczając po drodze Ochodzitą. Z 15kg plecakiem łatwo nie było, a po drodze czekało mnie jeszcze kilka mniejszych podjazdów :) W pociągu cały przedział mój, dopiero za Żywcem zaczyna się robić tłoczno (a mówią, że pociągami nikt nie jeździ - media klamią!;) To był intensywny weekend!
Będzie piąty sezon brytyjskiego Misfits, a więc w temacie jeden z kawałków ścieżki dźwiękowej:
Pomaratonowy rozjazd rozpoczęliśmy przed 10 rano. Ja musiałem zdążyć na kwaterę tak by wyrobić się ze wszystkim przed pociągiem, więc postanowiliśmy dołączyć do warszawskiej ekipy i wyruszyliśmy częściowo trasą wczorajszego maratonu zdobywać Baranią Górę. Ekipa zacna, Magda, Jacek, dwa Tomki, Jarek, Albert a także moja skromna osoba.
Od Stecówki jechaliśmy szlakiem czerwonym, następnie odbiliśmy na czarny w stronę Karolówki. Po drodze mnóstwo czasu na fotki i krótkie postoje - bez napinki. Z tego szlaku zjeżdżaliśmy przez kilka kilometrów sympatycznym autostradowym trawersem aż dojechaliśmy do czarnego szlaku z Kamesznicy.
Oczywiście wpakowaliśmy się na niego, choć momentami nie było łatwo. Ale szlak jest nie jest zbyt wymgający, sprawę komplikował nieco płynący jego środkiem strumień. Większość fragmentów była bardzo techniczna ale podjeżdżalna. Natomiast pchanie było krótki i niemęczące. Za to nagrodą były rewelacyjne widoki jakie z niego się roztaczały!
Na Baraniej Górze wdrapaliśmy się na wierzę a będąc na samym szczycie okazało się, że jesteśmy... w chmurze ;) Magda z jednym z Tomków postanawiają zjechać czerwonym szlakiem do schroniska na Przysłopie a my pakujemy się w niebieski w kierunku Wisły Czarne.
Co to był za szlak! Owiany sławą głównie w środowisku enduraków megawymagający odcinek, na którym nie raz, nie dwa trzeba było skapitulować. Natomiast satysfakcja z przejechania jego fragmentów była spora. Korzenie, kamienie - można było skończyć naprawdę w nieciekawym stanie. Ale szczęścicie w nieszczęściu ucierpiał tylko hak Jarka, który postanowił się złamać, z tego co widziałem jadąc za nim, na jednym z wystających kamieni. Zapasu nie było, ale ostatecznie udało się zamocować prowizorycznie ten ułamany.
Szutrowymi spychaczówkami trawersującymi zbocze Baraniej zjeżdżamy do przecięcia czerwonego szlaku. Tam chwila oczekiwania na zbłąkanych Alberta i Tomka. Szybka rozkmina: jedziemy z Albertem i Jackiem czerwonym w stronę Kubalonki. Owszem będziemy się wracać przez moment po własnych śladach, ale przed nami jeszcze nieznany odcinek czerwonego.
Teraz już wiemy dlaczego nie biegł tamtędy maraton. Na odcinku mniej więcej 1-1.5km to jedne wielkie moczary i gdyby nie rzucone na nie drewniane belki brodzilibyśmy w wodzie do co najmniej pół łydki. Na szczęście oprócz tego fragmentu szlak oferuje także świetny singiel porośnięty wysokimi trawami i poprzecinany sekcjami korzonek oraz kilka typowych beskidzkich zjazdów rąbanką.
Odbijamy na żółty w kierunku Istebnej i dzięki garminowi Alberta sprawnie przedostajemy się do kwatery. Rowerom fundujemy niezbyt zdrową ale konieczną karcherową terapię a sami korzystamy z tradycyjnego prysznica. Istebna kolejny raz pokazała błotnisty szpon :) Ale dzięki temu było ciekawiej i bardziej survivalowo - czyli tak jak lubię! /205640