Kapitalny numer, "More Than A Feeling" może się schować:) Po tygodniu byczenia się na plażach zachodniopomorskiego pora trochę się rozruszać:) W międzyczasie Medżik'a zostawiłem w serwisie co by go tam fachmen oblukał czy aby wszystko chodzi git. Coś strzela w supporcie bardziej niż przedtem, ale myśle, że się rozjeździ:) Wcześniej wymieniłem wkłady w Avidach, bo te oryginalne już swoje przeszły. Okładziny Accenta dziwnie wyglądają (są trochę krótsze niż prowadnice), ale hamują a to najważniejsze:) A trasa, to oprócz kilku kilometrów po mieście ekstra, niemalże identyczna jak tu. A więc z jednym tylko większym podjazdem pod Beskid Targanicki i z wieloma mniejszymi. Fotki tylko inne, no i z kalkulatora, ale dzisiaj, co rzadko się zdarza, jechałem bez plecaka (pompka przy ramie, klucze w kieszeniach, zapas pod siodłem:)
Król powrócił: Powrót do domu, po w sumie mało rowerowym weekendzie głównie ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe. Szkoda, ale ja kto mówią, co się odwlecze, to nie uciecze.
Standardowo już zawitałem do Zarzecza gdzie przetoczyłem się przez półtorakilometrowy wał okalający Jezioro Żywieckie. Prace na żwirowni trwają od bladego świtu, przy brzegu nie brakuje także rybaków, których nad jeziorem można spotkać o każdej porze dnia i nocy, również deszczowa aura im nie straszna...
Dalej jazda szosą w stronę Tresnej. W Trójce określili obecną pogodę jesienną i w sumie dużo w tym racji. Chociaż brakuje tego chłodu, który czuć zaraz po tym, jak ubrania nasiąkają wodą (nawet jeżeli jest to zwyczajna mżawka). Góry się gniewają, Żar chyba najbardziej...
W Wielkiej Puszczy mżawka ewoluuje do postaci gęstego kapuśniaczku, ale nawet pomimo tego jedzie się całkiem przyjemnie o czym świadczy chociażby udany podjazd na Beskid Targanicki (od strony 'wielkiej ściany'). Od Targanic powrót do Andrychowa ze średnią blisko 40km/h. Minus? Maseczka błotna z wszelkimi rodzajami płynów samochodowych znajdującymi się w przykrawężnikowych kałużach.
Niedościgniony, oldschoolowy oryginał: W planach na sobotę był wyjazd w Beskid Żywiecki naszą kochaną koleją. Niestety, po całym tygodniu nieznośnych upałów, pogoda postanowiła zmienić swoje oblicze właśnie na weekend... W sumie spodziewaliśmy się trochę tego, ale nadzieja na bezdeszczowy weekend tliła się w nas do ostatnich godzin przed wyjazdem. Zmuszeni zostaliśmy do zmiany planów i postanowiliśmy pierwszy raz w tym roku śmignąć na górę Żar. Jednak, o ile pogooda we wczesnych godzinach porannych umożliwiała dalszą wycieczkę, to już kilka godzin później sytuacja uległa diametralnej zmianie. Nieboskłon pokryły niskie, ciemne, deszczowe chmury. Mniej więcej wyglądało to tak, że co chwilę jak nie mżyło, to wiało zapowiadając intesywniejsze opady, dlatego nie ryzykując większego przemoczenia zdołaliśmy dotrzeć tylko do Zarzecza, gdzie poinformowaliśmy Khronos'a, z którym mieliśmy się spotkać w Międzybrodziu Żywieckim, że dalsza jazda pozbawiona jest sensu. Postanawiamy zawrócić i podjeżdżamy na moment nad Jezioro Żywieckie.
Tutaj dokładnie widać jak deszczowo zapowiada się dzień w całej okolicy. Mamy też widok na pozbawioną zapewne warunków krajobrazowych Magurkę Wilkowicką, którą nasz niedoszły towarzysz wycieczki postanawia zaatakować będąc w tym momencie na Przegibku.
Po chwili zrywa się wiatr a my uciekamy do domu, zostawiając za sobą niesamowity widok jeziora, nad którym dominowały dzisiaj ciężkie i gęste chmury. Maybe next time...
Coś żwawego, coś polskiego: Dziś standardowy przejazd asfaltowy od bazy wypadowej w Kalnej. Start był ciężki, ale generalnie dobrze się kręciło. Trochę wcześniej polało, ochłodziło się, więc po godzinie 17 można było już kręcić. Kolejny raz podjazd pod Przełęcz Beskid Targanicki pomimo balastu w postaci kilkukilogramowego plecaka "wszedł" bez postoju. Zjazd doliną Wielkiej Puszczy na początkowym odcinku rewelacja - nowy asfalt pozwala na kompletne odstresowanie się podczas jazdy. Szkoda tylko, że to raptem 1/4 całej drogi - dalej nawierzchnia jest niesamowicie zniszczona i o przyjemności ze zjadu można zapomnieć.
Na zaporze w Porąbce już nie ma radiowozu pilnującego by kierowcy nie zapuszczali się rejon góry Żar (początek czerwonego szlaku) zagrożony osuwiskami... Ruch na drodze nr 948 całkiem spory - mijam się tam z innymi bajkerami. Żar w promieniach zachodzącego nad Beskidem Małym słońca wygląda niesamowicie, jednak ruchliwa droga zniechęca mnie do postoju i pstryknięcia fotki. Zatrzymuje się dopiero przy zaporze w Tresnej, gdzie trzaskam kilka zdjęć.
Pozytywny temat muzyczny: Plan dzisiejszego tripu zrodził się podczas porannego śnadania. Podjazd na Hrobaczą Łąkę (828 m n.p.m.) już od dawna nie dawał mi spokoju. Jednak żeby tam się dostać trzeba pokonać inny, nieco mniejszy, ale jednak dający się we znaki podjazd na Przełęcz Beskid Targanicki (705 m n.p.m.). Tym razem bez postoju - poszło nadspodziewanie gładko. Na przełęczy szybka regulacja rozregulowanego tylnego vbrake'a i można śmigać w dół delektując się kilkukilometrowym zjazdem przez Wielką Puszczę. Nieźle tam potrafi wypizgać, kiedy słońce nie jest jeszcze dostatecznie wysoko. Krótki posiłek nad brzegiem Soły z widokiem na majestatyczny szczyt Bujakowskiego Gronia i można ruszać w kierunku Hrobaczej.
Pierwsze dwa kilometry to elegancki asfalt, oglądam się za siebie i walczę z myślą o postoju i sfotografowaniu niesamowitej panoramy. Trudno, to ujęcie musi poczekać na ewentualny zjazd tamtą drogą, ja mam w planie podjechać Hrobaczą bez przystanków. Co w dalszej części drogi staje się nieco trudniejsze. Kończy się ten gładziutki asfalt i zaczyna się robić bardziej terenowo, a to za sprawą starej nawierzchni pełnej dziur i drobnych kamyków. Ale temat spokojnie jest do podjechania. Kiedy nad konarami drzew ukazuje się wierzchołek stalowego, trzydziestopięciometrowego kolosa, można odetchnąć z ulgą, choć koncentracja jest potrzebna nawet na tych ostatnich metrach - łatwo wypaść z tempa za sprawą nieco większych skał i korzeni przy samym schronisku.
Panorama z Hrobaczej to w sumie nic rewelacyjnego - płaskie tereny, dymiące kominy, trzeba zmykać w las. Obieram azymut na Przełęcz Przegibek (663 m n.p.m.), czyli najpierw czerwonym (niestety ze dwa razy rower na plecach) potem niebieski i tu już raczej tylko w dół. Na Przegibku pora na uzupełnienie wody - 3,5 PLN to trochę drogo jak za cisowiankę, ale już 1,5 PLN wydane na big milka okazuje się dobrą inwestycją:
Z Przegibka niebieski na Magurkę Wilkowicką (909 m n.p.m.) to istna katorga. Fragmentami można jechać, ale szkoda się męczyć na dłuższą metę. Znacznie lepiej sobie przystanąć i odsapnąć podziwiając widoki. Po drodze natykam się na zorganizowane grupy borówkarskie (w skórcie ZGB) plądrujące okoliczne krzaczki. Nie wiem czy mają swoje legitymacje, ale łatwo ich rozpoznać po zabarwionych na fioletowo rękach i okolicach ust:)
Na Magurce spotykam krowę i kilkoro amatorów kąpieli słonecznych. Niestety, drzewa i słupy sieciowe skutecznie psują panoramę Beskidu Śląskiego. Trzymając się dalej niebieskiego ruszam w kierunku Czupla (933 m n.p.m.). Trasa znana, zupełnie lajtowa i szybka do przejechania. Na szczycie jak zwykle miażdżące widoczki.
Zjazd to taka mała kombinacja czterech szlaków. Kawałek niebieskim, następnie czerwony w kierunku Łodygowic, odbicie na żółty do Tresnej i na końcu przesiadka na zielony prowadzący do Czernichowa. Fragment czerwonego mimo, że w dół, jest bardzo ciężki, dobrze, że mnie oświeciło wcześniej, że zaczyna się zjazd i wypadałoby obniżyć siodło, bo OTB miałbym już przy pierwszej znaczącej nierówności terenu.
Natomiast dalsza jazda żółtym a potem zielonym to poezja! Dla takich odcinków warto się pomęczyć czy to podchodząc czy to sprowadzając. Najważniejsze, że po drodze nie brakuje malowniczych polanek, takich jak na przykład ta:
Po opuszczeniu lasu zielony prowadzi w dół do Czernichowa świetnym asfaltem, którego nachylenie momentami wprawia w zdumienie (to byłby dopiero podjazd!). Jakby ktoś kiedyś chciał go sprawdzić, to ta droga, która odbija w górę obok Urzędu Gminy. Spokojnie dojeżdżam na zaporę w Tresnej.
Tam rodzi się plan złowieszczy - a może by tak jeszcze jeden podjeździk?:) Przełęcz Kocierska (718 m n.p.m.) jest w zasięgu i wydaje się być optymalnym rozwiązaniem! A więc jazda! W dolinie Kocierza Moszczanickiego ciepły wiatr skutecznie obniża średnią.
Pierwszy zakaz wjazdu pojawia się na rozdrożu pomiędzy podjazdem właściwym na przełęcz a drogą w stronę Kocierza Rychwałdzkiego. Jak się okazuje nie powstrzymało to kilku kierowców samochodów (no i mnie) od pokonania tego odcinka. Chwilę po minięciu znaku spotykam przy poboczu wystraszoną żmijkę:
Droga na tym odcinku jest momentami mocno podziurawiona a w jednym miejscu nawierzchnia się po prostu zapadła, a więc wszyscy jeżdżący tamtędy muszą pamiętać, że robią to na własną odpowiedzialność - można stracić znacznie więcej niż kilka złotych więcej na objazd. Przełęcz Kocierska raz jeszcze bez postoju - świadczy to mniej więcej o tym, że dobrze się dzisiaj kręciło:) Na koniec zostawiam sobie jeden z moich ulubionych odcinków terenowych - zielony szlak łączący dwie przełęcze: Kocierską z Beskidem Targanickim.
Prawie 4 kilometry atrakcyjnego zjazdowo szlaku. Kapitalny etap, polecam każdemu rozszerzenie go o dalszy 'zielony odcinek specjalny' prowadzący aż do Porąbki - nie będziecie żałować!
Po żenującym, zawierającym nędzny kilometraż, mało rowerowym wpisie o baskecie czas na konkrety :) Pobudka o 05:00, szybki prysznic i lajtowy makaron, żeby nie spuchnąć za szybko:) Cel dzisiejszej wycieczki? W sumie było ich kilka. Sprawdzić żółty szlak z Kaczyny do Świnnej Poręby, następnie obadać kombinację czarny + niebieski ze Śleszowic jako wariant podjazdu na Leskowiec (922 m n.p.m.), no i w końcu przejechać czerwonym trasę Leskowiec - Przełęcz Kocierska (w odwrotnym niż ostatnio, ponoć lepszym, kierunku). Do Kaczyny standardowym już wariantem przez Zagórnik i Rzyki (os. Młocki Dolne).
Żółty szlak zaczyna się dosyć niewinnie, ale nadzieja pryska za pierwszym skrętem - głęboka, stroma i kręta rynna - trzeba prowadzić. Bikewalking mam jak widać we krwi:) Tak jest praktycznie do samych Bliźniaków (564 m n.p.m) a nawet jeszcze kawałeczek dalej. Trud tej wspinaczki wynagradza dalszy (mniej więcej od Łysej Góry), znakomity odcinek tego szlaku, który jest praktycznie w 100% przejezdny, momentami można zaszaleć. Przy wylocie na drogę przesiadam się na czarny prowadzący do Ponikwi. Stamtąd, żeby uniknąć głównej drogi na Suchą Beskidzką, przemierzam wieś Koziniec. Jest trochę kluczenia, zaczyna mżyć, droga bardzo szybko robi się mokra, więc postój pod wiatą przystanku jak najbardziej wskazany. Przejazd odcinkiem remontowanej drogi numer "dwadzieścia osiem" (ruch wahadłowy) jest nieunikniony, ale o dziwo samochody długo stoją na światłach więc mogę śmignąć bezstresowo.
Dalej poszukiwania odnogi prowadzącej do Śleszowic. Ta pnie się początkowo w górę i mam kolejny sprawdzian dla nóg:) Na granicy Mucharza i Śleszowic krótki postój przy sklepiku i uzupełnienie zapasów - w sumie wyjechałem tylko z pół litrową 'limonką':) Banany: check!, baton Lew razy 4: check!, Bystrzanka: check! i można dalej śmigać. Droga wyraźnie drugiej, albo nawet i dalszej kategorii - łata na łacie, dziura na dziurze, ale sama miejscowość bardzo ładnie położona.
Czarny szlak z początku wije się między gospodarstwami by nieco dalej zamienić się w trawiasto-kamienisty podjazd. Mokra i wysoka trawa bez problemu dobiera się do napędu i trzeba kilka razy stawać i wyciągać tę cholerę. Szlak w pewnym momencie gubię, drogę tarasuje mi zwalone drzewo i trzeba przez te chaszcze jakoś je obejść. Wychodzę na przyjemną szutróweczkę, próbuję każdej opcji, po czym obieram stosowny kierunek, jak się w końcu okazuje, słuszny. Szlak robi się bardziej wymagający i płynnie przechodzi w niebieski na wysokości Skrzyżowania pod Makowską Górą (1h 20min na Leskowiec). Niebieski szlak tylko na początku nadaje się tylko do podprowadzania - dalsze jego etapy mają takie nachylenie, że siłą rzeczy wymuszają jazdę. I dobrze, bo bym się załamał, gdybym musiał na sam szczyt prowadzić...
Nie mija kilkadziesiąt minut i wyłaniają się zabudowania schroniska na Groniu JP II. Na Leskowcu jak można było się spodziewać po okolicznościach aury widoczność zerowa, ale i tak banan na twarzy (i w ręce:) jest.
Chodził mi po głowie dojazd na Łamaną Skałę i stamtąd zielonym na malowniczą Łysinę. Ale odpuściłem, bo w nogach już nie było takiego powera, żeby stamtąd wrócić przez Kocierz.
Rewers czerwonego faktycznie ok - nie wiem jak ja to przejechałem w ub. roku, chyba tylko siłą woli:) Słońce pokazuje się jedynie na moment w okolicach Potrójnej. Od tego momentu szlak zmienia kolejny raz swoją postać.
Korzenie i skały charakterystyczne dla rezerwatu Madohora i okolic Łamanej Skały ustępują miejsca luźnym, typowo beskidzkim kamiorom. Ręce opadają, ale chociaż jest w dół:) Przełęcz Kocierska terenowo zdobyta :)
Teraz już bez kombinacji - puszczam się w dół do Targanic eleganckim asfaltem, gdzie na mojej ulubionej prostej z ograniczeniem do 60km/h rozwijam 10km/h więcej :P A więc siedem dyszek i "Medżik" w jednym kawałku - słowacka myśl technologiczna przetrwała próbę prędkościową!
No i to by było na tyle, Beskid Mały kolejny raz mnie sprawdził. Jak to już kiedyś ktoś napisał: mały to on jest tylko z nazwy, bo wymagania wobec bikerów ma całkiem duże...
Łączny dystans z wyjazdów na boisko (pt, sobota). Terenu nie ma, chociaż można by wpisać kilkaset metrów ze względu na rozkopaną ulicę Grunwaldzką:)
Boisko jak widać betonowe, więc skakanie nie służy stawom, zwłaszcza jak każdy mecz gra się do 100 pkt... Trzeba będzie zrobić sobie małą przerwę od kosza...
Rower wyregulowany, ale oddam go chyba na przegląd gwarancyjny, bo jakieś luzy w czuje w supporcie. Nie ma co ryzykować.
Kilka przygodnych fotek z, jak to Sikor ładnie nazywa, kalkulatora :)
Średnia do Wielkiej Puszczy (przez Łodygowice, Zarzecze, Tresną, Międzybrodzie Żywieckie, Międzybrodzie Bialskie i Porąbkę) utrzymywała się powyżej 25 km/h, także całkiem nieźle jak na górala i tyle podjazdów po drodze. Z dobrych wieści, będzie można poprawić statystyki i przede wszystkim komfort, zjeżdżając z Przełęczy Targanickiej do Wlk. Puszczy gdyż w trzech miejscach, na odcinkach kilkusetmetrowych jest zerwana nawierzchnia i prawdopodobnie położą tam niedługo nowiutki asfalt. Dobrze, bo zjazd (lub ewentualnie podjazd) z tyloma dziurami był tragiczny... Minus? Będzie więcej aut a tym samym śmieci w lesie - dzisiaj widziałem przy potoku stertę roztrzaskanych telewizorów i monitorów. Skurwysyny są wszędzie! Tym razem przełęcz podszedłem (bikewalking rulez:), ale nie będę się przecież męczył z prawie 10 kg plecakiem:) Za to zjazd do Targanic już lajtowy - 63km/h to zasługa głównie ponad 100kg na 13kg rowerze :) 400m przed domem łańcuch znalazł się w potrzasku, więc tyle już przeszedłem z buta. Na szczęście bez większych strat - wystarczyło poluzowanie obejmy przedniej przerzutki, ale bez regulacji się nie obejdzie...
Na wstępie, dla odmiany utwór muzyczny, co by zapuścić do czytania i oglądania:) Drugi dzień pierwszego letniego rowerowego weekendu przypadł na niedzielę. Miejscem zbiórki tradycyjnie już Buczkowice. Czekając na Khronosa, który przebija się z Bielska "dziewięćset czterdziestką dwójką", łakomimy się na jagodowo-śmietankowe lody włoskie:) Krótka narada nad mapą Beskidu Śląskiego i już wiemy, że pierwszym wyzwaniem będzie Przełęcz Karkoszczonka. A więc początkowy kierunek to Szczyrk Biła. Na przełęcz docieramy lżejsi o kilka litrów potu, po drodze oczywiście nie narzekamy na brak komentarzy ze strony emerytowanych spacerowiczów i innych niedzielnych turystów. Na górze zimny wiatr hula między drzewami, więc po krótkim odpoczynku wbijamy na czerwony prowadzący na Salmopol. Szlak jak szlak, początkowo łagodny, szeroki później przez większość czasu prowadzi wąskim singletrackiem wśród kamieni, korzeni i tarasujących drogę poprzewracanych drzew. Niby fajnie, ale to ciągłe zatrzymywanie się i przenoszenie roweru raz nad raz pod konarami daje się we znaki. Dalej sytuacja powraca do stanu początkowego, z tym że jest więcej widoczków i więcej... prowadzenia. Najbardziej dające się we znaki podejście to to na Hyrcę (jedyne 929m n.p.m.;) i jest jednym z głównych powodów, dla którego ten szlak powinno pokonywać się w odwrotną stronę. Dobitniej uświadamiają nam to napotkane grupki bikerów śmigających na lajcie w przeciwnym kierunku (pewnie i ze Skrzycznego nawet zjeżdżali). Ale odwrotu nie ma, przed nami Kotarz, czyli ostatni jak się później okazuje wspólny punkt programu. Miał być zjazd do Brennej, którymś ze szlaków, ale zeszło trochę na tym wprowadzaniu i nogi już nie podawały za dobrze, więc wybraliśmy wariant możliwie najkrótszy. Khronos pojechał na Salmopol, a my z racji tego, że w sumie byliśmy tam wczoraj postanowiliśmy wrócić do Szczyrku bezpośrednio z Kotarza nieoznakowaną ścieżką. Wybieramy "przecznicę" na wysokości odbijającego w kierunku Brennej niebieskiego szlaku. Niby wszystko wygląda normalnie, droga przejezdna, ale już kilkadziesiąt metrów niżej zaczynamy żałować wyboru. Przejeżdżamy między jakimiś zabudowaniami i docieramy do stromego, wykarczowanego zbocza. Trzeba sprowadzać, nie ma bata. I takim sposobem, żółwim tempem, docieramy do drogi wiodącej na Salmopol jednocześnie odbierając wiadomość od Khronosa siedzącego sobie od dobrych kilkudziesięciu minut na ławeczce w centrum Szczyrku:) Trochę nas jak widać doświadczyło, ale to ogólnie nie był nasz dzień... Zresztą żenująca średnia mówi sama za siebie:) Na koniec osładzamy sobie życie lodzikami w Buczkowicach. Jagodowo-śmietankowe się skończyły, ale za to były śmietankowe z domieszką toffi:)
P.S. czy ktoś wie jak wyjustować tekst w tym szablonie?:)
Dwa miechy bez dwóch kółek to przesada, ale maj na południu polski jaki był to każdy wie. Potem bywało różnie, ale w końcu się udało. Sobotni poranek i wciąż niepewna pogoda. Ale zawierzamy meteogramowi, który pokazuje brak deszczu i ruszamy. Górskie szlaki początkowo odpuszczamy, po ostatnich deszczach może być tam nieciekawie. Kierunek: Szczyrk i Przełęcz Salmopolska. Podjazd na przełęcz, o dziwo, poszedł gładko. Po drodze mija nas team na szosach (już wiadomo, że taki to cię "weźmie bez słowa":). Na końcu za peletonem śmiga kolo na skuterku z dwoma kołami i napisem "coach" na dresie. Jeden jedyny szosowiec, zdecydowanie nie z tej grupy gburów, pozdrawia nas i wjeżdża na przełęcz. Zjazd do Wisły to bajka - w ub. roku zjeżdżaliśmy w deszczu, teraz było po prostu idealnie. Zatrzymujemy się już tradycyjnie przy dzikach i od starego górala dowiadujemy się, że część z nich uciekła do lasu oraz że jakiś Małysz dzisiaj skacze w Malince o 14 na igelicie :) Do Malinki owszem dojeżdżamy, ale zaraz za nią odbijamy w lewo w kierunku Jeziora Czerniańskiego, które objeżdżamy dookoła i włączamy się na niebieski szlak prowadzący nas doliną Białej Wisełki. Świetna okolica a rozmieszczone na całej długości tej przyjemnej drogi wysokie na kilkanaście metrów skały grzybowe robią kapitalne wrażenie, więc polecam każdemu. Droga się kończy a my obieramy azymut na Zielony Kopiec (tak, ten, przez który wiedzie szlak ze Skrzycznego na Baranią Górę). Jedziemy oczywiście w ciemno drogami utwardzonymi, ale takimi, które można zaliczyć do terenu. Po drodze krótka wymiana zdań na temat szczegółów geograficznych z bikerem, który sunął w dół właśnie tamtędy do Wisły. Jak zwykle, tam gdzie inni zjeżdżają, my jedziemy pod górę:) Ale trasa jest przyjemna, cała do podjechania. Jedyny moment, gdzie podprowadzaliśmy znajdował się pomiędzy Malinowską Skałą a Zielonym Kopcem. A my wyjechaliśmy właśnie w punkcie między tymi dwoma szczytami, gdzie łączą się szlaki niebieski, zielony i żółty. Jeszcze wcześniej na krótkim singielku zrobiliśmy miejsce dla innego bikera - kolejny szczęściarz, który śmigał w dół:) Odpuściliśmy już zdobywanie jakichkolwiek gór i puściliśmy się w dół żółtym. Chociaż trochę to za dużo powiedziane, bo szlak, tak jak i coraz więcej traktów w Beskidach, jest mocno wyniszczony. Ten na dodatek był błotnisty, kamienisty i momentami bardzo stromy. Generalnie radzimy unikać i nawet nie myśleć o podjeżdżaniu! Ulgę poczuliśmy dopiero mając pod kołami asfalt, bo nie o takim terenie myśleliśmy... Powrót przez znane już rejony: Ostre, Lipową i Słotwinę... Wyszedł z tego totalnie spontaniczny wypad z odrobiną terenu i fajnymi widoczkami - część z nich poniżej:)