Ten kawałek Alice in Chains idealnie wpasował się w scenę z "Californication" :) Zresztą zobaczcie sami :)
Sobota wieczór. Już po Wimbledonie i po burzy z gradobiciem jaka przeszła nad moją okolicą. Browary w lodówce i trochę czasu do półfinałowego meczu Final Six. To chyba dobry czas na rower, a już na pewno na Kocierz. Na podjeździe, serpentynkę niżej, dostrzegam szosowca, co oczywiście mnie odpowiednio dopinguje. Szybki zjazd i powrót, tym razem podjechaniem pod ośrodek. A tam, jak to w weekend, tabuny ludzi i ze dwie pary nowożeńców trzaskających foty na pace hummera w towarzystwie białego lamborghini. Czego to ludzie nie wymyślą :)
Turbonegro is in da haus! Nowy album już od jakiegoś czasu jest na rynku. Jakby ktoś nie znał, to taka norweska odpowiedź na Motorhead :) A więc masa rock'n'rolla i jak zwykle pojechane teksty.
Po ostatnim wypadzie skurcze nachodziły mnie jeszcze przez kilka dni :) Znaczy dobry był on, ten wyjazd :) Dziś punktualnie o 20 pojechałem podciągnąć trochę w górę, czyli na Kocierz (z dwóch stron). Wcześniej, korzystając z wolnej chwili sporządziłem izotonik "home edition", jednak coś popieprzyłem proporcje. W sumie to przesoliłem, a nie przepieprzyłem. Pić się tego nie dało, więc można powiedzieć, że zaoszczędziłem:) A tak naprawdę pozostanę przy Oshee (na połowę z mineralną). Tylko co ja zrobię z tymi pozostałymi 2 litrami domowego specyfiku?:) Trzeba będzie trochę rozcieńczyć i jakoś to wchłonąć...
Dziś song słoneczny, pozytywny, taki tribjut dla cudownych dla rock'n'rolla lat 70tych (Kiss i te klimaty:) Poza tym kojarzy mi się z perypetiami Hank'a Moody'ego z "Californication".
Czyste szaleństwo. Tak w skrócie można nazwać ten trip. Pomimo 35*C nikt nie oponował - także we trójkę razem z Dominikiem i Darkiem wyruszyliśmy o 8 rano z Żywca zdobywać Krowiarki. Ja godzinę wcześniej, bo musiałem tam dojechać, oczywiście przez Kocierz, hehe. W Żywcu pomyliłem uliczkę i wylądowałem na jednej z tych jednokierunkowych usłanych kostką o skoku co najmniej 20mm - nic przyjemnego, hehe. Ale na ulicach wyjątkowy spokój, więc przerzuciłem się na chodnik:)
Chłopaki dojechali punktualnie i rozpoczęliśmy z wysokiego "C". Droga przez Gilowice i Ślemień minęła bardzo szybko :) W sumie zapamiętałem z niej tylko postój na światłach koło kościoła :) Dalej zaczęło się improwizowanie, czyli jazda wg tego, co pamiętałem z ostatniego wypadu. Wtedy miałem mapę, teraz niestety nie. Jak się okazało w kilku momentach musiałem ostro wytężać pamięć, ale głownie jechaliśmy na azymut przez wioski, w których czas jakby zatrzymał się w miejscu. Dużo podjazdów i zjazdów, także nogi cały czas się hartowały.
Po zakupach w ostro klimatyzowanym markecie nadszedł czas na Przełęcz Przysłop. Dla chłopaków to był pierwszy poważniejszy sprawdzian tego dnia, który zdali bez zająknięcia;) Jazda przez Zawoję (najdłuższa wieś w Polsce) wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Na dodatek nie wiadomo skąd zaczęło wiać, oczywiście w twarz:/ Wymęczeni dotarliśmy do Mosornego, który można uznać za początek właściwego podjazdu pod Krowiarki. I we trzech jechaliśmy sobie razem ustępując tylko nadjeżdżającym pojazdom.
Na przełęczy wyjątkowo mało ludzi. Pamiętam z ostatniego razu długo ciągnące się samochody zaparkowane po obu stronach drogi, tak dzisiaj było ich zaledwie kilka. Raz minęła nas tylko wycieczka słowackich turystów pytających się czy zabieramy rowery na Babią. W nawiązaniu do ostatniego wyczynu Wilka, mówię, że z rowerem to tylko na Rysy, hehe. Na szczycie pogadaliśmy chwilę z bajkerem z Lodzi (przyjechał do rodziny z Zawoi). Stwierdził, że ten podjazd, który właśnie zrobiliśmy jest znacznie cięższy od tego z Zubrzycy. Po wspólnej fotce pora było wracać, w tym momencie miałem na liczniku 100km, przede mną jeszcze 2/3 tego i dwie przełęcze po drodze :)
Przysłop poszedł nawet ok, dalej postanowiliśmy wracać główną droga, bo chłopaki miały ograniczenia czasowe. Ostrzegałem ich przed tą drogą, ale w sumie nie mieliśmy dużego wyboru. Początek ok, do momentu kiedy zaczęły się fałdy. Jazda w pełnym słońcu z kilkoma taki podjazdami totalnie mnie wycieńczyła. Także w momencie kiedy każdy z nas pojechał w swoją stronę (chłopaki na Ślemień, ja do Lękawicy) zacząłem robić coraz częstsze postoje. Ten dłuższy zrobiłem nad potokiem kocierskim przy wodospadzie. Przegonił mnie dopiero płynący w moją stronę 1,5 metrowy wąż. Jak się okazało, to był niegroźny zaskroniec, który wydawał się bardziej wystraszony niż ja (w sumie do tej pory nie wiem czy żmije pływają, pewnie jak muszą, to pływają, hehe).
Dalsza droga to już podjazd pod Kocierz, uwaga, z postojami, hehe. Jeden niewymuszony, na zmoczenie buffa, który dzisiaj działał wyjątkowo dobrze utrzymując kark i głowę w odpowiedniej temperaturze, drugi już mniej przyjemny, spowodowany złapaniem gumy:/ Serwis na poboczu w towarzystwie gryzących owadów i przejeżdżających samochodów zajął mi z 20 minut:) Ale przynajmniej przetestowałem pompkę. Intensywność pompowania takim gówienkiem zbliżona jest do częstotliwości uderzeń skrzydeł kolibra, ale jakoś poszło:) To był jeden z gorszych fragmentów na trasie, na szczęście już niedaleko domu:)
Dzięki chłopaki za wspólną jazdę i wzajemną motywację. Do następnego!
ps. gdzieś po drodze zgubiłem 4kg :) Nie żebym potrzebował, ale jakby ktoś widział proszę o kontakt :))
Dzisiaj kibicuję Włochom, bo lubię niespodzianki, zwłaszcza te sportowe ;) Muzycznie nie jestem obeznany z tamtejszą sceną, ale pamiętam, że jakiś czas temu miałem okazję recenzować kilka włoskich płyt. A więc zapraszam na ciemną stronę, mamy darmowe drinki ;)
Bez rewelacji, wyjazd trochę na siłę, ale co zrobić. Trzeba będzie chyba zmodyfikować ten standard, chociaż z drugiej strony Kocierz to taka wisienka, może nie na torcie, ale przynajmniej babeczce :) Dosć ciekawym zjawiskiem są pozdrowienia od szoszonów, także coś w tej materii drgnęło. Fajnie.
Przy okazji apel do tych, co pozbywają się plastikowych butelek w trasie - raz po raz widać w przydrożnych rowach butelki czy to po Oshee czy też innym poweradzie - nie robimy syfu! Poza tym to przecież nie waży nie wiadomo ile, a dodatkowo może uchronić Wasz zad od wody i błota (vide mój patent osziowo-błotnikowy: http://photo.bikestats.eu/zdjecie,pelne,209241,potrzeba-matka-wynalazku.html). Mam nadzieję, że się rozumiemy ;)
Słuchałem ostatnio trochę nowej Gojiry. Wszyscy się podniecają, że to takie wizjonerskie, nieszablonowe i inne ohoho, że hoho. Ale powiedzcie mi, jak to się ma do takiego chociażby Illusion? Oczywiście nijak! Zwłaszcza do tego z Bolilol'a! A w tym numerze to są jaja jak berety:)
"A więc korzystając z tego przedstawię Wam zespół. Proszę bardzo, oto jest... zespół!"
Się ochłodziło więc sobie pierdyknąłem to o czym wspomnieć raczyłem kilka wpisów wstecz. Chodzi mianowicie o niestandardowy standard, maksimum minimalizmu, czyli jak się już domyśliliście podjazdy :) Zgodnie z zapowiedziami włączyłem do mojego dotychczasowego repertuaru "trzeci podjazd kocierski". Z tym, że on taki trzeci, że w sumie to pierwszy. Pierwszy jeżeli chodzi oczywiście o skalę trudności. Ze świecą szukać takich odcinków w Beskidzie Małym! To jest taki podjazd, że normalnie klękajcie narody!
Zacząłem od Targanickiej (góra-dół-góra), później tradycyjny Kocierz (góra-dół-góra) i następnie ul. Widokową skulałem się do dolinki Kocierza raz jeszcze, żeby chwilę później rozpocząć mozolny podjazd. Głupota nie? No przecież! Pierwszy raz w tym roku użyłem młynka (inaczej to się nie da). Oczywiście musiałem go obsłużyć ręcznie, bo zmieniarka SLX już tak dobrze nie wysprzęgla, hehe. Na koniec chwila kontemplacji przy ośrodku no bo tak: nikt mnie dziś nie chciał rozjechać, nie opluł przez okno w aucie, nie pokazał obraźliwego gestu... To znak, znak, że mamy najnormalniejszy dzień w tygodniu. Niedziele suxxxx!
Wyjazd kompletnie bez pomysłu. Myślałem o Krowiarkach, ale setki samemu mi się nie chciało trzaskać. Pozostało pokręcić się po okolicy. To był błąd. Ludzi pierońsko dużo. Pod Kocierzem przepełnione parkingi, na zaporze w Tresnej oczywiście także ludzi jak mrówków. Jechałem zupełnie od niechcenia.Zatrzymując się raz po raz w spokojniejszych miejscach...
Oczywiście niedziela bez jakiegoś drogowego incydentu nie była by dniem świętym. A ten jak wiadomo trzeba święcić. Najlepiej oblewając z samochodu rowerzystę śmierdzącym piwskiem zapewne marki DIT. Ciśnienie oczywiście skoczyło mi na maksa, jednocześnie wiedziałem, że mogę im skoczyć. Może w mieście by dogonił, ale nie na takiej drodze, bez skrzyżowań ze światłami. Samochód na tyskich blachach (oczywiście marki golf, rocznik pewnie 95) za szybko odjechał i nawet nie miałem możliwości zczytania numerów, że o zrobieniu fotki nie wspomnę. No i w ten wielce pierdolony sposób odechciało mi się dalszej jazdy.
To będzie bardzo dobry album! Czekam, a tymczasem zajawka nowej Katatoni...
Dobrze jest wykręcić kilka km w tygodniu, nawet w taki upał :) Dziś w drodze powrotnej z Kocierza wyprzedził mnie zeszłoroczny predator. Coś kątem oka widziałem, że mi siedzi na kole, ale myślałem, że to skuter :) Potem wiozłem się na jego kole ze średnią 40km/h do samego Andrychowa :)
Dobra, teraz pewnie błysnę, ale może wiecie gdzie się podziało 14% mojego treningu? No bo jasno z pulsometru wynika, że łączny czas przebywania w 3 strefach to 86%. Czyżby wynikało z tego, że to brakujące 14& to coś poniżej HZ?