Ugadałem się z Kubą w okolicach )( Przegibek na zwrot lampek, których mi pożyczył w sobotę jednak na przełęcz nie dotarłem, bo wcześniej spotkałem... Elę! Tradycyjnie już tematy krążyły wokół zdrowia, uchodźców, systemu edukacji i rowerów ;) A tak zupełnie serio to bardzo miła niespodzianka na trasie.
Kuba oczywiście dojechał i zaciągnął mnie do jednego sklepu w Kobiernicach. Polskie Delikatesy powinny przemianować się na "rajskie" - ścianka piwna pełna autentycznych pereł przemysłu browarniczego, podobnie zresztą jak dzisiejsze nieoczekiwane spotkanie spowodowała, że łezka się w oku zakręciła ;) Obydwaj rozjechaliśmy się do domów z butelkowanymi zdobyczami ;)
Nogi po wczorajszym żywieckim raczej nie nadawały się do jakiejś konkretnej jazdy, a więc lekko, leniwie z minimalną ilością przewyższeń, w okolice, w które rzadko się
zapuszczam, a które potrafią być urokliwe i ciekawe pod względem szosy. Na drogach pusto i spokojnie.
Ostatnio ciężko było się zgadać na jakiegokolwiek wspólnego tripa w większym gronie - generalnie im więcej potencjalnych chętnych tym trudniej to zgrać - gdzie te czasy, kiedy po prostu każdy wychodził na rower / przychodził na boisko? Jak już w końcu się udało to dzięki Markowi i jego gps'owi udało nam się śmignąć jeden z etapów Trophy uwzględniający wizytę w okolicach Worka Raczańskiego.
Golonkowe trasy to wirtuozeria - mega szywne podjazdy, nie wiadomo jakim cudem wytropione single, solidna porcja beskidzkich landszaftów. Pierwszy raz jechałem na Raczę od strony Przegibka i muszę przyznać, że jest to piekielnie ciężki wariant. Ale w ekipie raźniej i szybciej można zażegnać kryzysy.
Trasa zaliczona bez jakiś większych ekscesów, choć zdarzały się glebki (na szczęście niegroźne) i jeden snejk już pod sam koniec. Trochę nam zeszło i ja z Kubą wracaliśmy PKP, a Marek i Mariusz na kole. W BB okazuje się, że nie mam pociągu do A-chowa, więc pożyczam od Kuby lampki i dokręcam 25km. Jak dobrze, że wrzesień póki co jest łaskawy, bo dzięki temu możliwe są takie epickie wyrypy - oby jak najdłużej!
Podjazd na Żar wieczorową porą to jeden z lepszych tematów na bajk, kiedy za dnia temperatura osiąga poziom piekła ;) Po drodze mnóstwo atrakcji: a to sarnina, a to lis (ten jest jakiś lokalny, bo już go spotkalem w tamtej okolicy drugi raz), a to "miśki" pod zbiornikiem czają się na zmotoryzowanych śmiałków próbujących łamać zakaz ;)
Miało być dłużej, ale padły baterie w tylnej lampce. Szkoda, bo szykowała się ciepła, gwieździsta nocka. Dobrze, ze się poobwieszałem odblaskami niczym choinka jakaś, bo mijający mnie patrol nie zareagował na brak tylnego światła ;)
Bez ambitniejszego pomysłu postanowiłem oprowadzić Mariusza po asfaltach wokół Pasma Pewelskiego. Tempo turystyczne, ale też i upał i naciągnięte dzień wcześniej ścięgna nie pozwalały na wincyj. Wpadliśmy na ściankę pod )( Klekociny, która dała nam solidnie w kość - polecam wszystkim śmiałkom, chociaż w okolicy (Przyborów, Koszarawa) znalazło by się kilka podobnych ;)
Fatalny początek, bo może na 3 km łapię kapcia - jeszcze człowiek z miasta nie wyjechał a już się wkurwił i to na singlu pokonywanym wielokrotnie, tyle że w przeciwnym kierunku. Szczęście w nieszczęściu w przednim kole ;) Zmianę umila opowieściami ze Słowenii Jakubiszon, także nie ma źle, ale jakoś morale siadają i jedzie się później z blokadą w głowie spowodowaną brakiem zapasu :/ Generalnie typowe beskidzkie klimaty z masą ciężkich zjazdów i podjazdów, zakończone przedzieraniem się przez chaszcze - tak to jest jak się próbuje jeździć nowymi drogami, które istnieją tylko teoretycznie, znaczy się na mapie ;) Poza tym temperatura i suche powietrze to jakaś tragedia - jechało się źle :/
Takie poniedziałki lubię. Miało padać od rana, ale przez nocny wiatr opady przesunęły się na popołudnie dzięki czemu udało się zrobić krótką klasyczną pętlę po Beskidzie Małym. Ostry podjazd pod Potrójną na raty, ale prawie w siodle ;) Osłabienie antybiotykowe ciągle odczuwalne, ale samopoczucie wreszcie ok. Od tego siedzenia w chałupie to się jeszcze bardziej pochorować można ;) Już coś zaczyna strzelać w suporcie (Accent), ale już przywykłem, że na tych podjazdach to idzie tyle watów, że łożyska się buntują ;)
Wreszcie jakieś poważniejsze testy Prymitywa - dziś głównie podjazdowo. Wnioski? Rower z dużą ilością skoku (140mm) nie musi wcale oznaczać utrudnionego podjeżdżania. Przewaga kół 27.5 nad poczciwą 26'' jest w tym aspekcie dość istotna. Prowadzi się fajnie, duża baza kół dodaje sporo pewności, ale jednocześnie trzeba uważać na nisko zawieszony suport, bo można przyhaczyć.